2017-09-30

Czy będę "robiła paznokcie"? DIAMOND LED UV

Czy będę "robiła paznokcie"? DIAMOND LED UV
Witam Was kochani na moim blogu. Jakiś czas temu kupiłam lampę do paznokci DIAMOND LED UV. Skusiłam się na jej zakup po wielu przemyśleniach, ponieważ nie przepadam za malowaniem/ robieniem paznokci sobie samej, lekko mnie to nudzi, ale wiadomo, czasem trzeba. Kiedy już się zabiorę za pielęgnacje paznokci, po skończonej pracy jestem oczywiście mega zadowolona i ciesze oko swoimi dłońmi. Taki to już paradoks...

Przeczytałam ogrom recenzji w internecie na temat tej lampy, każda z recenzji była jak najbardziej pozytywna i każda z Was- dziewczyny serdecznie tą właśnie lampę polecała, a więc mam i ja.
Paczka przyszła do mnie na początku września. Przesyłkę zamówiłam kurierem. Oczywiście, kiedy kurier chciał mi ją przekazać nie było mnie w domu.. Później był mały problem z jej odbiorem, bo było to przed naszym wyjazdem do Manchesteru, kiedy musieliśmy robić też inne zakupy, późno wracaliśmy z pracy, a odbiór paczek odbywa się tylko do godziny 18:00. Wreszcie po dwóch dniach udało nam, a w zasadzie udało się Piotrkowi odebrać moją przesyłkę.

Lampę zamówiłam na jednym z portali aukcyjnych. Wybierając ją sugerowałam się przede wszystkim ceną samej lampy, ceną przesyłki (zależało mi na tym, aby zamówić ją kurierem i zapłacić przy odbiorze, bo zanim za coś zapłacę chcę to zobaczyć. Robię tak za każdym razem, gdy kupuję coś przez internet), sugerowałam się też tym, aby lampa nie miała sensora ruchu, ponieważ w wielu recenzjach pisałyście, że sensor nie działa poprawnie, więc z niego zrezygnowałam. Lampa "przyszła" do mnie z Koszalina, zapłaciłam za nią 79zł + 19zł za wysyłkę, łącznie 98zł co jest dla mnie zadowalające, bo chciałam zmieścić się w kwocie 100zł, więc jak najbardziej mi się to udało.

Pudełko do którego jest zapakowana lampa jest dosyć małe, ale z masywnego kartonu w kolorach bieli i różu.  Na nim znalazłam naklejkę z danymi importera, które są też nadrukowane bezpośrednio na pudełku. Na naklejce są również dane producenta oraz model lampy. Na opakowaniu znajdziemy również  miniaturki lampy w innych kolorach, podstawowe dane o lampie, takie jak moc, zasilanie i napięcie wyjściowe.


W środku znajduje się oczywiście lampa, zasilacz z kablem, paragon, instrukcja obsługi i karta gwarancyjna. Od razu napiszę, że gwarancja w przypadku tej lampy wynosi 12 miesięcy. Sama lampa w pudełku jest dodatkowo włożona w folię bąbelkową.
Otwieram pudełko i co? Boże! Przecież nie zmieści mi się tu ręka! Oczywiście pisałyście, że lampa jest wyjątkowo małych rozmiarów, ale nie myślałam, że aż takich. Ręka w lampie jak najbardziej się mieści. Może nie cała dłoń, nawet moja malutka, ale 3/4 dłoni owszem, a już na pewno najważniejsza jej część czyli paznokcie.












Ja zamówiłam urządzenie w kolorze białym. Nie mogłam zdecydować się jaki kolor bardziej bym wolała, więc ostatecznie wybrałam klasyczną, na której również nie będzie widoczny pył. Moja lampa posiada też trzy tryby czasowe 10, 30 i 60 sekund, co nie było takie proste do znalezienia, bo większość z tych lamp miało tryby 10, 20, 30 sekund. Na lampie jest również naklejka "36W 12WCCFL+24WLED", którą spokojnie można odkleić i nie zostawia śladów kleju.

Obudowa lampy jest dosyć masywna, a przynajmniej jej górna część, "podstawka" lampy, lustrzana część na której kładziemy dłoń jest z bardzo cienkiego tworzywa, które myślę, że przy mocniejszym ściśnięciu bez problemu się wgniecie, a więc trzeba na nią uważać.












Lampa posiada 12 światełek LED oraz jedną spiralną żarówkę UV. Zasilacz nie jest wykonany z najlepszej jakości plastiku, ale na pewno mamy tutaj odzwierciedlenie co do ceny, więc też nie można wymagać cudów. Z instrukcji obsługi dowiemy się mnóstwo rzeczy, od przygotowania lampy do użycia przez specyfikację lampy, jej obsługę po uwagi i środki ostrożności w czasie jej używania. Karta gwarancyjna przedstawia nam warunki gwarancji oraz zasady reklamacji.


Osobiście jestem bardzo zadowolona z zakupu Lampy DIAMOND. Pozwoli mi to wreszcie zająć się swoimi paznokciami, bez konieczności wcześniejszego umawiania się na wizyty, pamiętania o nich i czasem też dostosowywania się do terminów. Teraz bez problemu będę mogła usiąść wygodnie na kanapie w domu, wyjąć swoje przybory do manicure i zrobić go sobie o każdej porze dnia czy też nocy. Zakup ten na pewno również pozwoli mi na zaoszczędzenie pieniędzy. Rozmiar lampy jest dla mnie jak najbardziej zadowalający, ponieważ często podróżuje, więc będę mogła ją wszędzie ze sobą zabierać w razie potrzeby. Moje pierwsze wrażenie o tej lampie jest pozytywne. Za około tydzień spodziewam się paczki z innymi akcesoriami potrzebnymi do zrobienia paznokci. Oczywiście wszystko Wam pokaże i zrecenzuje, a później przetestuje zarówno lampę jak i akcesoria typu żele, płyny, lakiery.












Serdecznie Was zachęcam do odwiedzania mojego bloga. Jeżeli posiadacie lampę DIAMOND koniecznie dajcie znać jak Wam się jej używa, napiszcie z jakich akcesoriów korzystacie. Czekam na Wasze komentarze! Zachęcam również do obserwowania mojego bloga dzięki czemu zawsze będziecie na bieżąco z wpisami, które dodaje. Zapraszam na moje inne media społecznościowe instagram: den.lille, facebook: Aleksandra Sołtys oraz snapchat: ola_mala. Serdecznie Was pozdrawiam. Buziaki! Do kolejnego wpisu!



2017-09-25

Prawdziwa Rakieta! Bath Bomb by Lush- recenzja

Prawdziwa Rakieta! Bath Bomb by Lush- recenzja
Cześć kochani! Witam Was ponownie na moim blogu. Przychodzę do Was dzisiaj z recenzją Bath Bomb Racket Science! Wreszcie... Wiem, wiem, miałam zrobić to już dwa lub trzy dni temu, zgodnie z tym, co Wam pisałam w poście zaraz po zakupie kuli i bardzo Was przepraszam, że tego nie zrobiłam, ale pojechałam do domu i nie miałam ze sobą laptopa. Szczerze mówiąc czasu też na to nie miałam.. Bo wyobraźcie sobie jak to jest jechać do domu po miesiącu nieobecności i to w dodatku na jeden dzień. Już się usprawiedliwiłam, a więc mogę przejść do recenzji tej jakże cudnej rzeczy jaką jest kula do kąpieli od Lush Fresh Handmade Cosmetics.
  • Kula pachnie przepięknie! Jej zapach jest cytrusowy, bardzo orzeźwiający i wręcz radosny, pobudzający do życia. Co jest bardzo fajne, kula nadaje zapach również wodzie. Nie jest to może zbyt intensywne, nie pachnie Ci później skóra cytrynami, ale jest to bardzo, bardzo delikatny zapach samej wody, który nie "przechodzi" na ciało.
  •  Bardzo długo się rozpuszcza, kolory widać jeden po drugim, jak w tęczy. Efekt jest przepiękny. W czasie rozpuszczania kula zachowuje się jak mydełko. Pocierana w dłoniach delikatnie się pieni, oczywiście barwi skórę i to na całego. Samą wodą nie zmywa się tak od razu po polaniu zabarwionej dłoni, trzeba dłoń "wytrzeć" wodą, ale nie jest to problematyczne, a raczej zabawne, bo wiadomo, że zmyć się musi. 
  • Bath Bomb nie rozpada się. Niektóre kule, kiedy już sie trochę rozpuszczą rozpadają się na kilka drobnych, pojedynczych części. Tutaj, z Racket Science by Lush tego nie ma, co jest jak najbardziej pozytywne. Kula jest w jednym kawałku do ostatniego momentu rozpuszczenia, nawet jeżeli się nią bawisz i dotykasz. 
  • Kolor wody po rozpuszczeniu tego cudeńka jest mega intensywny! Trzy razy bardziej, niż sama kulka przed wrzuceniem do wody. Albo nawet pięć! Woda po rozpuszczeniu mojej kuli była przepiękna, nie chciało się z niej wychodzić. I chyba o to chodzi :) 
  • Nie wiem, czy zauważyliście na poprzednich zdjęciach rakiety do kąpieli, że jest ona brokatowa. Miałam obawy, że brokat zostanie na wannie itd., ale nic bardziej mylnego. Brokat delikatnie mieni się na tafli wody, kiedy się przyjrzysz, ale naprawdę musisz uważnie patrzeć. Po wylaniu wody, nie ma po nim ani śladu zarówno na wannie jak i na ciele. 
  • W czasie kąpieli jak i po niej skóra jest nawilżona. Ja po wyjściu z kąpieli nie używałam już nawet balsamu do ciała. Moja skóra była miękka, delikatna, nawilżona i bardzo przyjemna w dotyku, jak po użyciu oliwki.
Chciałabym, żeby te kule nie były jednorazowe (haha), bo są tak piękne, że najpierw nie mogłam doczekać się, aż znajdę wolny wieczór, żeby się "z nią" wykąpać, a teraz żałuję, że tak szybko się skończyła. W każdym bądź razie trzeba się wybrać po kolejne, albo zamówić. I to koniecznie!

Dajcie koniecznie znać w komentarzach czy testowaliście już kule do kąpieli od Lush lub też inne, a jeśli nie, to która najbardziej Was interesuje!
Zapraszam serdecznie na mojego instagrama, facebooka, snapchat. Zachęcam do obserwowania, komentowania zarówno mojego bloga jak i moich profili w mediach społecznościowych. Pozdrawiam Was serdecznie, do następnego wpisu! :)

Link do poprzedniego wpisu o Bath Bomb by Lush:  http://omdenlille.blogspot.co.uk/2017/09/bath-bomb-rocket-science-by-lush.html
Link do strony internetowej Lush Cosmetics: https://www.lush.com/




P.S. Osobiście jestem troszkę zawiedziona, ponieważ zdjęcia nie oddają kolorów w rzeczywistości..



2017-09-20

Manchaster, czyli papirus, śmierdzące skarpety i mumia

Manchaster, czyli papirus, śmierdzące skarpety i mumia
Witam Was Kochani na moim blogu! Dzisiejszy wpis, jak się domyślacie już po tytule, będzie krótkim wspomnieniem naszego (leciałam z Piotrem) wyjazdu do Manchesteru.

Do Wielkiej Brytanii lecieliśmy w piątek, z lotniska we Wrocławiu. Był to nasz pierwszy lot samolotem. Myślałam, że będzie pięknie, kolorowo i miałam pokochać latanie samolotem, ale tak się niestety nie stało.. Podczas lotu nie czułam się dobrze (pomijając mały strach i myśli, że jak tylko oderwiemy się od ziemi nasz samolot się rozbije ;). Miałam zawroty głowy, nudności, byłam lekko skołowana i czułam nieodpartą potrzebę snu. Zrobiłam więc oczywiście kilka zdjęć, obejrzałam domki z wysokości, chmurki z bliska i w momencie zasnęłam. Miałam nadzieję, że tylko ten pierwszy lot będzie nieprzyjemny, ale wracając już do Polski historia się powtórzyła, jak to często lubi robić. Stwierdzam więc, że latanie nie jest dla wszystkich i ja zaliczam się do mniejszości, która latać nie lubi.


Kiedy już dolecieliśmy przywitała nas moja siostra i szwagier :) Lot jakoś specjalnie nas nie zmęczył, ja poczułam się lepiej, ruszyliśmy na zakupy i do domu. Pierwsze wrażenie w tym mieście? Byłam bardzo zadowolona, ulice wyglądają naprawdę fajnie, kiedy wszystkie domki są na pierwszy rzut oka takie same, jest to nowość dla osób, które nie były jeszcze w Wielkiej Brytanii i dla nas było to jak najbardziej na plus. Ruchu lewostronnego nie ogarnęliśmy na "tip top", ale ważne, że sobie poradziliśmy. Było to mega zabawne, ale w niektórych sytuacjach też niebezpieczne.



W sobotę zabraliśmy się za zwiedzanie. Na początku zobaczyliśmy Chinatown, które nie jest takie duże jakby się mogło wydawać po zdjęciach zamieszczonych w internecie. Najpiękniejsza jest gigantyczna "brama", od której rozpoczyna się Chińska dzielnica. Jest to obiekt przy którym na Chinatown znajduje się najwięcej turytów. Obok jest mostek, przez który idzie się do altanki w stylu chińskim. Szczerze mówiąc nie polecam tego miejsca, jest tam bardzo brudno, nieprzyjemnie pachnie i jest to miejsce często oblegane przez bezdomnych ludzi (nie mówię oczywiście o całym miasteczku tylko o altanach, które mieszczą się na nim). 



 



 Ulice miasta są bardzo zatłoczone, można spotkać ludzi praktycznie każdej narodowości i mówiących w przeróżnych językach świata. Nam osobiście nie podobało się to, że jest tam o wiele bardziej brudno, niż np. w Polsce. Wszędzie na ulicach leżą śmieci wyrzucane przez przechodniów, w autobusach często można znaleźć puszki po napojach pozostawione przez poprzednich podróżników lub porozrzucane gazety. Panuje tam ogólnie lekki chaos, ludzie przechodzą przez ulicę kiedy chcą i gdzie chcą, pomimo tego, że są wyznaczone przejścia dla pieszych z sygnalizacją świetlną. Takie zachowania są tam na porządku dziennym, a co zdumiewające kierowcy jakoś specjalnie nie są tym oburzeni, często nawet zatrzymują się pomimo swojego zielonego światła i przepuszczają przechodniów, którzy przechodzą na świetle czerwonym. Myślę, że w Polsce bardziej przestrzega się przepisów dotyczących poruszania się po mieście, co jest chyba znacznym ułatwieniem dla wszystkich, chociaż na ten temat, w ciągu tych 4 dni, nie wyrobiłam sobie do końca pewnej opinii.

Kolejnym miejscem, które odwiedziliśmy była biblioteka, a konkretnie The John Rylands Library. Było to, jak dla mnie, wyjątkowe miejsce, ze specyficznym zapachem starych książek. Wewnątrz panowała cisza i można było poczuć w tym miejscu wewnętrzny spokój. Za zwiedzanie biblioteki nie płaciliśmy oczywiście nic, każdy może tam wejść, zobaczyć stare księgi i zabytki, jak również przynieść własne książki, laptop i pracować z daleka od miejskiego szumu. W bibliotece widzieliśmy m.in. pierwszą wydrukowaną Biblię, która była jeszcze wtedy obrazkowa, ponieważ ludzie nie umieli czytać. Widzieliśmy fragment papirusu z Egiptu, który pochodził z 7 w.p.n.e., 100-letnie biurko, które zachowało się w praktycznie idealnym stanie oraz pierwsze drukarki, a raczej maszyny do ówczesnego drukowania. Byliśmy pod wrażeniem zbiorów bibliotecznych, dlatego koniecznie musicie odwiedzić to miejsce, jeżeli też będziecie wybierać się do Manchesteru. 



The Rylands Library: http://www.library.manchester.ac.uk/rylands/

Ostatni dzień pobytu poświęciliśmy na zwiedzanie Muzeum Wojennego oraz Muzeum Manchester. Kiedy szliśmy do Imperial War Museum North widzieliśmy również stadion Manchester United. Na stadion nie wchodziliśmy ponieważ, zarówno ja, jak i Piotrek fanami sportu nie jesteśmy, ponadto na stadionie był tego dnia mecz i powoli zaczynały się przygotowania. Byliśmy również na Salford skąd podziwialiśmy MediaCityUK (http://www.mediacityuk.co.uk/). 
Muzeum Wojenne po części można zwiedzić za darmo, płatne są tylko wystawy specjalne- my na nie nie wchodziliśmy. W tym miejscu jest bardzo specyficzny klimat, jak z resztą w każdym miejscu poświęconym wspomnieniom wojennym. Większość eksponatów, typu ubrania, książki, broń.. są zamieszczone w oszklonych gablotkach, przy każdym przedmiocie jest numerek, a z boku lista z opisem danej rzeczy. Są też eksponaty nie umieszczone na półkach m.in. samolot AV-8A Harrier, miny głębinowe, czołg, fragment konstrukcji budynku World Trade Center. W muzeum są też różne zagadki np. puszki, z których po odkryciu wydobywa się zapach, a później zgaduje się co to może być. Jedną z takich zagadek był zapach cuchnących skarpet. Co mają skarpety do Muzeum Wojennego? Jak się dowiedzieliśmy z ciekawostki zamieszczonej nad puszką, żołnierze w czasie wojny nie mieli jak zmienić swoich skarpetek nawet przez 30 dni. Ja osobiście bardzo lubię miejsca związane z wojną, przeszłością, bardzo lubię różne opowieści z dawnych lat. Muzeum podobało mi się pod względem wizualnym, zorganizowania, ale eksponaty nie były jak dla mnie zbyt wiarygodne. Większość ubrań wyglądała na bardzo dobrze zachowane, wręcz bez żadnych skaz, niektóre buty wyglądały jak nowe.. W Polskich obiektach tego typu wygląda to troszkę inaczej. Eksponaty w tym muzeum nie były dla mnie dosyć przekonujące.

  




Na Muzeum Manchester zostało nam niewiele czasu, ponieważ zwiedzaliśmy je w niedzielę, kiedy wszystkie budynki tego typu i sklepy zazwyczaj są tam otwarte do godziny 17:00. Na miejsce dojechaliśmy o 16:30, a więc pozostało nam 30 minut na zwiedzanie. Postanowiliśmy zobaczyć tylko te najciekawsze rzeczy, a więc szkielet Tyranozaura i oczywiście (tytułową u mnie) mumię (!). Szkielet dinozaura był podobno prawdziwy, bardzo dobrze zakonserwowany i wystawiony do Muzeum. Tyranozaur był gigantycznych rozmiarów i naprawdę robił wrażenie. Tyrannosaurus rex żył 65-71 milionów lat temu.
Mumia pochodzi z Egiptu i została przywieziona do muzeum w Manchesterze w 1997 roku. Polecam, jest to naprawdę bardzo ciekawe miejsce! 




Czas spędzony w Manchesterze uważamy za dobrze wykorzystany, była to "chwila" oderwania się od pracy i codziennych czynności. Co prawda żałowaliśmy, że wyjazd trwał tak krótko, ale niestety trzeba było wracać do obowiązków. Tym z Was, którzy wybierają się do Manchesteru w najbliższym czasie lub dopiero taki wyjazd planują serdecznie polecamy miejsca odwiedzone przez nas. My osobiście na pewno tam wrócimy!
Jeżeli macie jakieś pytania dotyczące naszej wycieczki serdecznie zapraszam do ich zadawania w komentarzach lub w mailu. Zapraszam również na moje media społecznościowe: faceebook, instagram i snapchat: ola_mala. Mam nadzieje, że mój wpis Wam się podobał. 
Do następnego posta! ;) 




2017-09-16

Bath Bomb- Rocket Science by Lush

Bath Bomb- Rocket Science by Lush
Na urlopie w Manchester odwiedziłam cudowny Lush Fresh Handmade Cosmetics. Jest to sieć sklepów, które sprzedają ręcznie wykonywane kosmetyki o przepięknym wyglądzie i zapachu. Co ważne wszystkie kosmetyki są wykonane w większości z naturalnych składników.
Osobiście skusiłam się na bajeczne kule do kąpieli. Pokaże Wam Bath Bomb Rocket Science, która kosztowała £2.95.
Kula wykonana jest z mieszaniny pomarańczy bargamota i cytryny. Owoce Cytrusowe są stosowane jako olejki odświeżające skórę, a włosom nadają piękny połysk. Produkty tego typu pakujemy sobie do małych papierowych torebeczek (każdy produkt osobno), przy kasie są one pakowane w jedna dużą papierową torbę, a na torebeczki z produktem są naklejane specjalne etykiety ze składem np. takiej kuli do kąpieli (ja niestety takiej etykiety tym razem nie dostałam..)



  • Bergamot (Citrus Bergamia) przypuszcza się, że pochodzi z Indii, obecnie najczęściej jest uprawiana we Włoszech. Olej z kwiatów i lisci tej rośliny jest stosowany nawet w produkcji herbaty Earl Grey oraz w perfumerii. Jest to gatunek pomarańczy gorzkich. Bargamotka nadaje świeży, słodki i relaksujący zapach.
  • Sicilian Lemon Oil olej cytrynowy oczyszcza skórę, działa antybakteryjnie i rozjaśnia przebarwienia. Nadaje skórze świeży wygląd i naturalny blask.

Lista składników BB Rocket Science:
  1. Sodium Bicarbonate
  2. Citric Acid
  3. Sicilian Lemon Oil
  4. Bergamot Oil
  5. Cream of Tartat
  6. Water (Aqua)
  7. Titanium Dioxide
  8. Corn Starch
  9. Glycerine
  10. Dipropylane Glicol
  11. Sodium Laureth Sulfate
  12. Propylene Glycol
  13. Laury Betaine
  14. Synthetic Fluorphlogapite
  15. Hydroxy Proyl Methyl Cellulose
  16. Sodium Carbothymethyl Cellulose
  17. Perfume
  18. Limonene 
  19. Tin Oxide
  20. Many Colour
Lush Fresh Handmade Cosmetics: https://uk.lush.com/
Bath Bomb Rocket Science: https://uk.lush.com/products/new-products/rocket-science

W salonach Lush możemy za darmo przetestować kosmetyki przed zakupem, co oczywiście nie zobowiazuje nas do kupna. Znajdziemy tam m.in. kosmetyki do pielęgnacji ciała, włosów, do makijażu oraz perfumy. 
Za tydzień, kiedy wrócę do Polski zrobię dla Was test Bath Bomb Rocket Science, zapraszam serdecznie, jestem pewna, że nie będziecie żałować! 


Copyright © 2016 om den lille , Blogger