2017-09-20

Manchaster, czyli papirus, śmierdzące skarpety i mumia

Witam Was Kochani na moim blogu! Dzisiejszy wpis, jak się domyślacie już po tytule, będzie krótkim wspomnieniem naszego (leciałam z Piotrem) wyjazdu do Manchesteru.

Do Wielkiej Brytanii lecieliśmy w piątek, z lotniska we Wrocławiu. Był to nasz pierwszy lot samolotem. Myślałam, że będzie pięknie, kolorowo i miałam pokochać latanie samolotem, ale tak się niestety nie stało.. Podczas lotu nie czułam się dobrze (pomijając mały strach i myśli, że jak tylko oderwiemy się od ziemi nasz samolot się rozbije ;). Miałam zawroty głowy, nudności, byłam lekko skołowana i czułam nieodpartą potrzebę snu. Zrobiłam więc oczywiście kilka zdjęć, obejrzałam domki z wysokości, chmurki z bliska i w momencie zasnęłam. Miałam nadzieję, że tylko ten pierwszy lot będzie nieprzyjemny, ale wracając już do Polski historia się powtórzyła, jak to często lubi robić. Stwierdzam więc, że latanie nie jest dla wszystkich i ja zaliczam się do mniejszości, która latać nie lubi.


Kiedy już dolecieliśmy przywitała nas moja siostra i szwagier :) Lot jakoś specjalnie nas nie zmęczył, ja poczułam się lepiej, ruszyliśmy na zakupy i do domu. Pierwsze wrażenie w tym mieście? Byłam bardzo zadowolona, ulice wyglądają naprawdę fajnie, kiedy wszystkie domki są na pierwszy rzut oka takie same, jest to nowość dla osób, które nie były jeszcze w Wielkiej Brytanii i dla nas było to jak najbardziej na plus. Ruchu lewostronnego nie ogarnęliśmy na "tip top", ale ważne, że sobie poradziliśmy. Było to mega zabawne, ale w niektórych sytuacjach też niebezpieczne.



W sobotę zabraliśmy się za zwiedzanie. Na początku zobaczyliśmy Chinatown, które nie jest takie duże jakby się mogło wydawać po zdjęciach zamieszczonych w internecie. Najpiękniejsza jest gigantyczna "brama", od której rozpoczyna się Chińska dzielnica. Jest to obiekt przy którym na Chinatown znajduje się najwięcej turytów. Obok jest mostek, przez który idzie się do altanki w stylu chińskim. Szczerze mówiąc nie polecam tego miejsca, jest tam bardzo brudno, nieprzyjemnie pachnie i jest to miejsce często oblegane przez bezdomnych ludzi (nie mówię oczywiście o całym miasteczku tylko o altanach, które mieszczą się na nim). 



 



 Ulice miasta są bardzo zatłoczone, można spotkać ludzi praktycznie każdej narodowości i mówiących w przeróżnych językach świata. Nam osobiście nie podobało się to, że jest tam o wiele bardziej brudno, niż np. w Polsce. Wszędzie na ulicach leżą śmieci wyrzucane przez przechodniów, w autobusach często można znaleźć puszki po napojach pozostawione przez poprzednich podróżników lub porozrzucane gazety. Panuje tam ogólnie lekki chaos, ludzie przechodzą przez ulicę kiedy chcą i gdzie chcą, pomimo tego, że są wyznaczone przejścia dla pieszych z sygnalizacją świetlną. Takie zachowania są tam na porządku dziennym, a co zdumiewające kierowcy jakoś specjalnie nie są tym oburzeni, często nawet zatrzymują się pomimo swojego zielonego światła i przepuszczają przechodniów, którzy przechodzą na świetle czerwonym. Myślę, że w Polsce bardziej przestrzega się przepisów dotyczących poruszania się po mieście, co jest chyba znacznym ułatwieniem dla wszystkich, chociaż na ten temat, w ciągu tych 4 dni, nie wyrobiłam sobie do końca pewnej opinii.

Kolejnym miejscem, które odwiedziliśmy była biblioteka, a konkretnie The John Rylands Library. Było to, jak dla mnie, wyjątkowe miejsce, ze specyficznym zapachem starych książek. Wewnątrz panowała cisza i można było poczuć w tym miejscu wewnętrzny spokój. Za zwiedzanie biblioteki nie płaciliśmy oczywiście nic, każdy może tam wejść, zobaczyć stare księgi i zabytki, jak również przynieść własne książki, laptop i pracować z daleka od miejskiego szumu. W bibliotece widzieliśmy m.in. pierwszą wydrukowaną Biblię, która była jeszcze wtedy obrazkowa, ponieważ ludzie nie umieli czytać. Widzieliśmy fragment papirusu z Egiptu, który pochodził z 7 w.p.n.e., 100-letnie biurko, które zachowało się w praktycznie idealnym stanie oraz pierwsze drukarki, a raczej maszyny do ówczesnego drukowania. Byliśmy pod wrażeniem zbiorów bibliotecznych, dlatego koniecznie musicie odwiedzić to miejsce, jeżeli też będziecie wybierać się do Manchesteru. 



The Rylands Library: http://www.library.manchester.ac.uk/rylands/

Ostatni dzień pobytu poświęciliśmy na zwiedzanie Muzeum Wojennego oraz Muzeum Manchester. Kiedy szliśmy do Imperial War Museum North widzieliśmy również stadion Manchester United. Na stadion nie wchodziliśmy ponieważ, zarówno ja, jak i Piotrek fanami sportu nie jesteśmy, ponadto na stadionie był tego dnia mecz i powoli zaczynały się przygotowania. Byliśmy również na Salford skąd podziwialiśmy MediaCityUK (http://www.mediacityuk.co.uk/). 
Muzeum Wojenne po części można zwiedzić za darmo, płatne są tylko wystawy specjalne- my na nie nie wchodziliśmy. W tym miejscu jest bardzo specyficzny klimat, jak z resztą w każdym miejscu poświęconym wspomnieniom wojennym. Większość eksponatów, typu ubrania, książki, broń.. są zamieszczone w oszklonych gablotkach, przy każdym przedmiocie jest numerek, a z boku lista z opisem danej rzeczy. Są też eksponaty nie umieszczone na półkach m.in. samolot AV-8A Harrier, miny głębinowe, czołg, fragment konstrukcji budynku World Trade Center. W muzeum są też różne zagadki np. puszki, z których po odkryciu wydobywa się zapach, a później zgaduje się co to może być. Jedną z takich zagadek był zapach cuchnących skarpet. Co mają skarpety do Muzeum Wojennego? Jak się dowiedzieliśmy z ciekawostki zamieszczonej nad puszką, żołnierze w czasie wojny nie mieli jak zmienić swoich skarpetek nawet przez 30 dni. Ja osobiście bardzo lubię miejsca związane z wojną, przeszłością, bardzo lubię różne opowieści z dawnych lat. Muzeum podobało mi się pod względem wizualnym, zorganizowania, ale eksponaty nie były jak dla mnie zbyt wiarygodne. Większość ubrań wyglądała na bardzo dobrze zachowane, wręcz bez żadnych skaz, niektóre buty wyglądały jak nowe.. W Polskich obiektach tego typu wygląda to troszkę inaczej. Eksponaty w tym muzeum nie były dla mnie dosyć przekonujące.

  




Na Muzeum Manchester zostało nam niewiele czasu, ponieważ zwiedzaliśmy je w niedzielę, kiedy wszystkie budynki tego typu i sklepy zazwyczaj są tam otwarte do godziny 17:00. Na miejsce dojechaliśmy o 16:30, a więc pozostało nam 30 minut na zwiedzanie. Postanowiliśmy zobaczyć tylko te najciekawsze rzeczy, a więc szkielet Tyranozaura i oczywiście (tytułową u mnie) mumię (!). Szkielet dinozaura był podobno prawdziwy, bardzo dobrze zakonserwowany i wystawiony do Muzeum. Tyranozaur był gigantycznych rozmiarów i naprawdę robił wrażenie. Tyrannosaurus rex żył 65-71 milionów lat temu.
Mumia pochodzi z Egiptu i została przywieziona do muzeum w Manchesterze w 1997 roku. Polecam, jest to naprawdę bardzo ciekawe miejsce! 




Czas spędzony w Manchesterze uważamy za dobrze wykorzystany, była to "chwila" oderwania się od pracy i codziennych czynności. Co prawda żałowaliśmy, że wyjazd trwał tak krótko, ale niestety trzeba było wracać do obowiązków. Tym z Was, którzy wybierają się do Manchesteru w najbliższym czasie lub dopiero taki wyjazd planują serdecznie polecamy miejsca odwiedzone przez nas. My osobiście na pewno tam wrócimy!
Jeżeli macie jakieś pytania dotyczące naszej wycieczki serdecznie zapraszam do ich zadawania w komentarzach lub w mailu. Zapraszam również na moje media społecznościowe: faceebook, instagram i snapchat: ola_mala. Mam nadzieje, że mój wpis Wam się podobał. 
Do następnego posta! ;) 




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Copyright © 2016 om den lille , Blogger