2017-12-14

Nowy członek rodziny

Nowy członek rodziny
Bella jest z nami już od połowy września :)

Nad przygarnięciem pieska zastanawialiśmy się
bardzo długi czas, ponieważ bardzo dużo podróżujemy,
wynajmujemy mieszkanie i często nie ma nas
w domu. Było więc dużo wątpliwości, ale w końcu
zostały rozwiane.Zawsze chciałam mieć pieska
w domu, nie na podwórku, tylko w domku. Takiego,
który leżały ze mną, kiedy oglądam tv i z którym
muszę wychodzić na spacery. Piotrek miał pieska
u siebie w domu, więc dla niego to nie jest zbyt
duża zmiana. Ja do Belli musiałam się jednak
troszkę przyzwyczaić. O psie rozmawialiśmy wtedy
już od dłuższego czasu, najpierw był to dla nas głupi pomysł, ale z racji tego, że przede wszystkim ja bardzo chciałam go mieć zaczęliśmy rozmawiać pod takim kątem co trzeba przy tym piesku robić, kto kiedy będzie z nim wychodził, co zrobimy z nim kiedy będziemy w pracy/ na uczelni, ile pieniędzy trzeba na niego przeznaczać. Później był etap sprawdzania ogłoszeń, a jeszcze później pytania znajomych czy takowego pieska nie mają na wydanie.
Przy wybieraniu pieska też było dużo dyskusji i kompromisów. Ja koniecznie chciałam mieć buldoga francuskiego blue, ale Piotrek nie chciał "małego" psa. On chciał pitbull'a.. Tyle, że mnie się nie za bardzo ten pomysł podobał. W efekcie naszych dyskusji ja zgodziłam się na amstaffa, a Piotrek musiał koniecznie szukać blue. Tak więc w końcu się dogadaliśmy, znaleźliśmy, ale nadal były wątpliwości. Aż pewnego pięknego popołudnia, w środę po pracy stwierdziłam, że kupujemy pieska właśnie dziś i trzeba koniecznie po niego jechać, bo inaczej nigdy tej decyzji nie podejmiemy. I tak się stało, wyjechaliśmy z Wrocławia o godzinie 16, w Toruniu byliśmy, o ile dobrze, pamiętam nieco po 19. Imię dla niej wybraliśmy po drodze i w sumie było to pierwsze imię jakie przyszło mi do głowy, a Piotrek od razu się zgodził. W domu byliśmy po 2.. Szukaliśmy sklepu, żeby kupić jej o tej porze jedzenie. To było trochę szaleństwo, ale nie chciałam czekać i bardzo się ciesze.
Bella teraz ma już 4 miesiące, ma piękne ząbki i jest bardzo silna. Szybko się uczy, dużo do niej mówimy, dzięki czemu dużo rzeczy, które jej tłumaczymy np. jak coś źle zrobi, ona już rozumie i dobrze nam to komunikowanie w większości wychodzi. Jak na takiego jeszcze malutkiego psa jest naprawdę inteligentna.
Ona kocha wszystkich, kiedy idziemy na spacer zawsze musi się przywitać ze wszystkimi sąsiadami, których mijamy, ze stróżem na osiedlu i wszystkich już doskonale poznaje. Wszystkich kocha, co jest mega urocze i zapewne trochę jej się to jeszcze zmieni (chociaż mogłoby się nie zmieniać i mam nadzieje, że jednak tak będzie). Jest z nami w każdej chwili kiedy tylko oczywiście może, bo niestety, ale na uczelnie nie mogę jej zabrać ;) Myślę, że lubi jeździć autem, a w każdym bądź razie nawet jeśli nie lubi,  to dobrze znosi podróże, nie "marudzi", grzecznie sobie siedzi, leży, albo śpi, rzadko zdarza jej się bawić, albo oglądać widoki przez okno. Bardzo się z tego faktu cieszymy, bo dużo jeździmy i nie chciałabym, żeby się męczyła. Najchętniej cały czas chciałaby się przytulać, to jest jej ulubione zajęcie, a potem dopiero jest sen, zabawa, jedzenie i inne.

Pierwsze problemy ze skórą (które są dosyć częste u blue) już są prawie za nami. Mam nadzieje, że za wiele ich nie będzie. Bella przechodziła, w zasadzie jeszcze troszkę do pełnego zakończonego leczenia czasu pozostało, a więc przechodzi nużeniec. Jest to choroba wywoływana przez pasożyta, który żyje w mieszkach włosowych i po prostu wygryza jej sierść. W niedzielę byliśmy z nią u weterynarza, dostała lekarstwo i dosyć szybko zaczęło jej się to poprawiać, bo już we wtorek zauważyliśmy, że miejsce bez sierści zaczyna znowu porastać, więc mega się ucieszyłam. Kolejna dawka leku czeka na nas dopiero 10 stycznia, ale mimo to cieszę się, że tak szybko widać efekty leczenia i że lekarz szybko stwierdził co to za choroba. Stąd też na zdjęciach poniżej możecie zauważyć u niej właśnie wyłysiałe miejsca.

Bardzo się ciesze z tego, że jednak mamy Bellę, że podjęliśmy taką, a nie inną decyzję i mimo, że czasem mega strasznie nam dokucza, jesteśmy na nią źli, albo zwyczajnie nie mamy do niej siły, nie zamieniłabym jej na nic, ani nikogo innego. Jest straszną "pocieszką" i kocham, kiedy przychodzimy zmęczeni do domu, a ona rzuca się na nas już w drzwiach i przewraca nas z radości, że w końcu wróciliśmy do domku.







2017-11-07

Hej Wesele!

Hej Wesele!
Wesele mojej siostry. Czyli coś co "zaprzątnęło" mi głowę na ubiegły miesiąc. Nie mogłam się go już doczekać. Na blogu nie pisałam, bo w październiku musiałam jeszcze pogodzić studia dzienne, z pracą codziennie, zajmowanie się nowym członkiem rodziny i właśnie wesele, a właściwie bardziej bieganie za butami, sukienkami i płaszczami ;)
Wesele było 4 listopada. W piątek pogoda była paskudna, było mega zimno i padało, a w sobotę ogromne zaskoczenie- pięknie świeciło słońce i było całkiem przyjemnie. Jednym słowem pogoda na ten dzień dopisała i "Bogu dzięki".
Ślub odbył się w parafii do której należymy (wszystko byłoby fajnie gdyby ksiądz włączył ogrzewanie w kościele ;), a impreza była w domu weselnym "Mili moi", parę kilometrów od Jędrzejowa.
Co do sali była naprawdę ładna, spokojnie pomieściło się na niej niemalże 150 osób. Obsługa była miła, pracowała należycie. Swoją pełną opinię, jeśli ktoś byłby takową zainteresowany, chętnie wyrażę w wiadomości prywatnej, mailu lub innych portalach społecznościowych, gdzie również możecie się ze mną kontaktować.
Na imprezie grał zespół "YOU", serdecznie zapraszam na ich fanpage na facebooku. Ja jako gość weselny serdecznie mogę polecić ten zespół, podczas ich grania bawiłam się świetnie i nie było to naciągane. Chłopaki grają doskonale, a i wokalistki lepszej znaleźć chyba się nie da. Serdecznie polecam, a im gratuluję talentów i dziękuję za miło spędzony czas.
Co do mnie to jak już pisałam bawiłam się bardzo dobrze, mimo ogromnego bólu żołądka, który niestety towarzyszył mi już od godziny 21 do końca wesel i nie reagował na przyjmowane leki, więc trochę słabo, ale nawet mimo to zacisnęłam zęby i starałam się bawić, co wyszło mi myślę całkiem dobrze. Jak się domyślacie na uroczystości pełniłam rolę świadka, oczywiście, jak to ja byłam z tego powodu bardzo dumna i zadowolona, ale już po fakcie nie polecam, więc jak macie wybór to się do tego nie pchajcie :) Ale dla jasności mimo wszystko się cieszę i dziękuję państwu młodym za taki wybór.

 A to namiastka torciku Państwa Młodych. Takich torcików było bodajże 5 każdy w innym owocowym smaku :)

Dwa tygodnie przed weselem zamówiłam sukienkę na stronie www.lou.pl. Jest to sukienka o nazwie KATE, czerwona z krótkim przodem dłuższym tyłem, w górnej części jest koronkowa. Jestem z niej mega zadowolona i powiem Wam, że na zdjęciach nie wygląda tak dobrze, jak w rzeczywistości. Jej kolor to bardzo intensywna czerwień, pod spodem ma chyba 2 warstwy materiału, który powoduje, że jest bardzo rozłożysta i wręcz ogromna. Ja jestem z niej bardzo zadowolona, podobają mi się tego typu sukienki, które jednak są takie duże, w sensie objętościowym, tak mogę to chyba nazwać i bardzo gorąco polecam jej zakup. Myślę, że mimo wszystko jest warta swojej ceny. Ja z przesyłką zapłaciłam za nią bodajże 389zł. Zamówiłam ją w rozmiarze XS, ale i tak musiałam ją przerobić ze względu na mój niski wzrost i mniejszy biust. Reszta była dopasowana idealnie, a nawet powiedziałabym, że ledwo ją zapięłam, co było dla mnie dziwne, bo ten rozmiar noszę zawsze i byłam przygotowana również na zwężanie jej w pasie, ale o dziwo nie trzeba było tego robić.




















Do sukienki dokupiłam płaszczyk w ZARA, również w rozmiarze XS, który kosztował mnie ok. 300zł. Niestety nie podam Wam linku do płaszcza, ponieważ nie mogę go znaleźć na stronie, nie wiem czy po prostu już go nie ma w sprzedaży, czy gdzieś go przeoczyłam podczas szukania. Kiedy go zobaczyłam od razu wiedziałam, że muszę go kupić. Jest on wykonany z dosyć grubego materiału, bez podszewki, jest nawet trochę ciężki i nie jest to płaszcz na zimę, ten płaszcz jest raczej na porę wiosenną lub ciepłą, słoneczną jesień. Myślę, że nie będę go nosiła na co dzień, ale raczej do takich bardziej oficjalnych, eleganckich jednokolorowych stylizacji będzie pasował znakomicie.Nie mam niestety jakiegoś "ładnego", dobrego zdjęcia tego płaszczyka, ale wrzucę Wam jedno zrobione na szybko, żebyście mogli chociaż zobaczyć jaki ma krój i mniej więcej jak wygląda.  Jeżeli gdzieś jeszcze go znajdziecie i będzie zastanawiały się nad jego kupnem to również serdecznie polecam. Płaszczyk również musiałam przerobić. Jak widzicie na zdjęciu, rękawy były na mnie za długie, więc teraz są już o ok. 2cm skrócone i jest idealnie.


Co do fryzury nie mam się co rozpisywać. Specjalnie zapuszczałam włosy, które przez cały rok nie widziały fryzjera. Zdążyły mi urosnąć do wysokości łopatek, więc nie jest źle. Nie robiłam z nimi nic specjalnego, ponieważ całą robotę zrobiła sukienka no i jak się również później okazało też makijaż. Włosy miałam tylko pięknie wyprostowane w salonie fryzjerskim "AGA" przy ulicy 11 Listopada, w Jędrzejowie. Zazwyczaj kiedy robię coś z włosami odwiedzam ten salon, już od dobrych kilku lat, serdecznie Wam polecam, ja osobiście chodzę do Pani Agnieszki. Jak już napisałam włosy miałam tylko mocno wyprostowane, z efektu jestem zadowolona jak jeszcze nigdy w życiu, ponieważ z salonu wyszłam o godzinie 10, ślub był o godzinie 16 i ani jeden włosek nawet nie próbował się pofalować, a co jeszcze lepsze w takim stanie wytrzymały do dnia następnego. Jestem pod wrażeniem, ponieważ moje włosy mają ogromną tendencję do falowania się i kręcenia. 

Nie powiedziałam jeszcze o butach, ale może wtrącę tutaj, bo również nie ma co za dużo o tym mówić. Buty ubrałam te które w mojej szafie już goszczą od sierpnia, od poprzedniego wesela, są najwygodniejszymi butami na 12cm obcasie jakie kiedykolwiek miałam, uwielbiam je. Są niestety czarne, co za bardzo nie pasowało mi do tej stylizacji, niestety sprawdzałam we wszystkich możliwych sklepach we Wrocławiu, w Jędrzejowie i Kielcach i nie znalazłam butów czerwonych, na szpilce, która ma 8cm i w rozmiarze 35, bo takie sobie wymyśliłam. Z tego też powodu wyjęłam te już sprawdzone z szafy, był to dobry wybór, czułam się dzięki temu komfortowo. Niestety zdjęcia butów Wam nie wstawię, ponieważ go nie mam. Może uda mi się je zrobić w najbliższych dniach, to zobaczycie, że się tutaj pojawiło ;) Dodam jeszcze, że buty są na kwadratowym, grubszym obcasie, same buty są matowe, obcas połyskujący. Kupiłam je w DEICHMANN, koło sierpnia, za niecałe 100zł i była to dobra decyzja. 

Makijaż! Zacznę od tego, że robiłam go u Justyny Bołdyn, zapraszam na fanpage na facebooku- Justyna Bołdyn Wizaż i Charakteryzacja. Powiem Wam szczerze, że byłam nastawiona sceptycznie, ale po tym jak już zostałam pomalowana przez tą Panią.. uwielbiam to co się stało, kiedy spojrzałam w lustro po skończonym makijażu. To było tak piękne, że nie umiem tego opisać. Jestem osobą, która maluje się od 10 roku życia, kocham makijaż,czasem z niego rezygnuje, nie boję się pokazać bez makijażu, ale zrobienie go sprawia mi ogromną radość. Co do mojego makijażu weselnego po pierwsze Pani Justyna odwzorowała idealnie makijaż, który pokazałam jej na zdjęciu, oczywiście z małymi poprawkami, które wniosłyśmy na początku "żeby nie przesadzić", po drugie miałam ciemne, duże, wyraziste oko, czyli coś co kocham na maksa, ale szczerze mówiąc sama jeszcze uczę się to robić, po trzecie miałam  mocno podkreślone policzki, czyli również to co kocham i o czym mówiłam Justynie na początku spotkania. Cieszę się bardzo dlatego, że nie wszystkie Panie, wykonują makijaż w ten sposób, często już spotkałam się z tym, że dodają jakieś swoje "elementy", które według nich wyglądają lepiej, czego bardzo nie lubię i staram się od takich osób uciekać. Jednym słowem rewelacja, wiem już do kogo na pewno nie jeden raz się jeszcze zgłoszę i wy moi kochani, jeśli macie ochotę musicie pójść właśnie do Justyny i zobaczyć co pięknego zrobi z Wami, z Waszą twarzą :D 




Paznokcie również zrobiłam u kosmetyczki, ponieważ sama muszę jeszcze dojść do wprawy, a ponadto nie miałam na to czasu. Tego zadnia podjęła się zaufana już od dawna Pani Monika, której prace możecie podziwiać na fanpage'u na facebooku- Świat Piękna, salon znajduje się przy ulicy Wspólnej w Jędrzejowie. Zdecydowałam się oczywiście na o wiele dłuższe pazurki od swoich naturalnych o kształcie zwężającego się kwadratu, w bardzo delikatnym kolorze CAN'T SPEAK FRENCH najprawdopodobniej z Indigo Nails. Kolor jest bardzo delikatny i przede wszystkim naturalny, na pewno nie jeden raz będę go jeszcze nosić, jestem z niego mega zadowolona.  Od dawna już korzystam z usług Moniki i jestem bardzo zadowolona, serdecznie wszystkim Wam polecam. Dodatkowo dla odmiany zdecydowałam się również na przedłużanie rzęs metodą 1:1, z czego też jestem mega zadowolona! Jejku jaka wielka jest to wygoda! Dziewczyny róbcie rzęsy! Makijaż rano zajmie wam 10 minut, a nie 30. Koniecznie to sprawdźcie ;) 

Zdjęcie rzęs również nie jest zbyt dobre i profesjonalne, ale chociaż macie namiastkę pracy Pani Moniki :)

A Państwo Młodzi zebrali nawet swój pierwszy milion :D 



2017-10-08

Paczka od NeoNail

Paczka od NeoNail
Witam Was Kochani na moim blogu. Dzisiaj wracam do Was z tematem paznokciowym, ponieważ nareszcie odebrałam paczkę od NeoNail. Paczka przyszła do mnie już co prawda w zeszły piątek, ale nie miałam jej kiedy odebrać i zrobiłam to dopiero 2 dni temu. Na stronie zamówiłam kilka podstawowych rzeczy do robienia paznokci:
  • Pędzelek naturalny do żelu składany fioletowy nr 4
  • Czterostronny blok polerski różowy
  • Szablony szerokie złote 100 szt. 
  • Tampon z waty celulozowej 12 warstw- 250 szt.
  •  Nail Cleaner 100 ml
  • Odtłuszczacz do paznokci- Nail Prep 10 ml
  • Primer bezkwasowy 10ml 
  • Żel podkładowy Exclusive 5ml
  • Żel jednofazowy przezroczysty Exclusive 5ml 
  • Żel nabłyszczający- wykończeniowy BASIC 5ml
  • Top coat 15ml NeoNail
  • Lakier hybrydowy 6ml- Sponge Cake


Wszystkie dostępne w sklepie produkty i ich ceny możecie sprawdzić na stronie internetowej www.neonail.pl 

Wszystkie produkty w paczce były bardzo fajnie zapakowane. Każdy produkt osobno był zapakowany w woreczek strunowy, a ponadto obwinięty folią bąbelkową, co bardzo mi się spodobało. Nie ma ryzyka, że coś się uszkodzi, zarysuje czy wgniecie.


















Pędzelek mimo zapakowania w sposób przedstawiony przeze mnie wyżej jest włożony również w plastikową tubę, otwieraną z obu stron plastikowymi nakrętkami. Sam pędzelek jest wykonany z metalu, nie jest on zbyt porządny, ale adekwatny do ceny. Ma w sobie fioletowy element z numerem i jest składany. Włosie na początku jest bardzo twarde, mimo przemycia. Robi się bardziej plastyczne w trakcie pracy z żelem, u mnie dopiero po ok. 4 paznokciu włos zmiękł. Teraz jest miękki i przyjemnie się z nim pracuje. Jedynym minusem jak dla mnie jest zbyt mała powierzchnia włosia.


Blok polerski szczerze mówiąc jest jak każdy inny blok ;) Podoba mi się jego kolor- bardzo intensywny róż.


 Szablony szerokie złote wcześniej kiedy chodziłam jeszcze do kosmetyczki na manicure obserwowałam różne szablony, jak one się zachowują, z którym najlepiej się pracuje, jak się kleją i jak układają. Z moich obserwacji wywnioskowałam, że te szablony są najprostsze, najlepiej i najłatwiej można je ułożyć, dlatego sama się na nie zdecydowałam. I rzeczywiście bardzo przyjemnie się z nimi pracuje, dobrze się kleją i układają. Papier jest trochę sztywny, ale tak to chyba powinno być, ponadto osobiście nie miałam innych szablonów, więc nie mogę też na razie porównywać.


Tampon z waty celulozowej jest podstawowym produktem do robienia manicure, ponieważ zwykłe płatki kosmetyczne zostawiają po sobie włoski, czasem też fragmenty waty i nie nadają się do przemywania żeli. Ja zamówiłam ich 250szt. najmniejszą możliwą "paczuszkę"i myślę, że posłuży mi na bardzo długo.


Nail Cleaner ma bardzo intensywny spirytusowy zapach. Szybko się utlenia z tamponu. Nie mam do niego żadnych zastrzeżeń, spełnia swoją funkcję.

  
Odłuszczacz do paznokci na zakrętce jest do niego pędzelek z włosów plastikowych, sztucznych. Włos jest bardzo twardy, da się z nim pracować, ponieważ produktu używa się bardzo mało, ale ja odczuwam lekki dyskomfort pracując z preparatem. Niedogodność jest związana po prostu z używania produktu/pędzelka, nie jest to miękki włos, który swobodnie z lekkością przeciągamy po paznokciu, jest to zwyczajny plastik.

Primer bezkwasowy jest to produkt, który kupiłam nie potrzebnie. Podczas robienia manicure nie użyłam go w ogóle, w zupełności wystarcza base gel.


Żel podkładowy ma rzadką konsystencje, produktu używa się w minimalnej ilości. Doskonale się go nakłada. Ma syntetyczny zapach, jak chyba każdy żel ;)

Żel jednofazowy przezroczysty jest bardzo gęsty, nakłada się go bardzo fajnie, jak również "grzecznie" wyrównuje się na paznokciu. Niestety pojemność jaką zamówiłam w tym wypadku starcza tylko na jeden lub półtorej raza użytkowania.



Lakier Sponge Cake i tu byłam ogromnie zaskoczona. I to niestety negatywnie. Wybierając kolor na stronie zaznaczyłam zakładkę "odcienie beżu". Chciałam zakupić typowy kolor nude, który jak dotąd nosiłam najczęściej. Niestety, dostałam bardzo jasny, pastelowy kolor wpadający w pomarańcz, może trochę róż, ale nie jest to na pewno beż! Jest to delikatny, pochodny kolor brzoskwiniowy. Pracuje się z nim ciężko, jak z pastelami. Ciężko jest go równomiernie nałożyć bez prześwitów. Niestety nie jest to najlepszy wybór jak dla mnie. 



Generalnie z paczuszki jestem bardzo zadowolona. Nie mogłam się już doczekać kiedy będę miała chwile, żeby ją odebrać, ale w końcu się udalo i mogę cieszyć się własnoręcznie zrobionym manicure.
Zamawiając produkty wzięłam każdy w najmniejszej pojemności, ponieważ sama nie wiedziałam, czy spodoba mi się ta praca i czy będę ją umiała wykonać. Jak na pierwszy raz efekt nie jest może powalający, ale satysfakcjonujący mnie. Myślę, że z każdym kolejnym razem będzie coraz lepiej. Sama siebie obserwuje bardzo skrupulatnie, żeby nie popełniać tych samych błędów i doskonalić tą umiejętność.


Dajcie koniecznie znać jakich produktów używacie wy, ponieważ ja osobiście cały czas jestem na etapie poszukiwania czegoś z czym będzie mi się pracowało bardzo przyjemnie, bez większych trudności. Jestem ciekawa w szczególności jakich żeli używacie i jakie są wasze ulubione kolory! Zapraszam do komentowania i obserwowania mojego bloga oraz na moje media społecznościowe: facebook, instagram: den.lille, snapchat: ola_mala. Pozdrawiam serdecznie, do kolejnego wpisu! :)

2017-09-30

Czy będę "robiła paznokcie"? DIAMOND LED UV

Czy będę "robiła paznokcie"? DIAMOND LED UV
Witam Was kochani na moim blogu. Jakiś czas temu kupiłam lampę do paznokci DIAMOND LED UV. Skusiłam się na jej zakup po wielu przemyśleniach, ponieważ nie przepadam za malowaniem/ robieniem paznokci sobie samej, lekko mnie to nudzi, ale wiadomo, czasem trzeba. Kiedy już się zabiorę za pielęgnacje paznokci, po skończonej pracy jestem oczywiście mega zadowolona i ciesze oko swoimi dłońmi. Taki to już paradoks...

Przeczytałam ogrom recenzji w internecie na temat tej lampy, każda z recenzji była jak najbardziej pozytywna i każda z Was- dziewczyny serdecznie tą właśnie lampę polecała, a więc mam i ja.
Paczka przyszła do mnie na początku września. Przesyłkę zamówiłam kurierem. Oczywiście, kiedy kurier chciał mi ją przekazać nie było mnie w domu.. Później był mały problem z jej odbiorem, bo było to przed naszym wyjazdem do Manchesteru, kiedy musieliśmy robić też inne zakupy, późno wracaliśmy z pracy, a odbiór paczek odbywa się tylko do godziny 18:00. Wreszcie po dwóch dniach udało nam, a w zasadzie udało się Piotrkowi odebrać moją przesyłkę.

Lampę zamówiłam na jednym z portali aukcyjnych. Wybierając ją sugerowałam się przede wszystkim ceną samej lampy, ceną przesyłki (zależało mi na tym, aby zamówić ją kurierem i zapłacić przy odbiorze, bo zanim za coś zapłacę chcę to zobaczyć. Robię tak za każdym razem, gdy kupuję coś przez internet), sugerowałam się też tym, aby lampa nie miała sensora ruchu, ponieważ w wielu recenzjach pisałyście, że sensor nie działa poprawnie, więc z niego zrezygnowałam. Lampa "przyszła" do mnie z Koszalina, zapłaciłam za nią 79zł + 19zł za wysyłkę, łącznie 98zł co jest dla mnie zadowalające, bo chciałam zmieścić się w kwocie 100zł, więc jak najbardziej mi się to udało.

Pudełko do którego jest zapakowana lampa jest dosyć małe, ale z masywnego kartonu w kolorach bieli i różu.  Na nim znalazłam naklejkę z danymi importera, które są też nadrukowane bezpośrednio na pudełku. Na naklejce są również dane producenta oraz model lampy. Na opakowaniu znajdziemy również  miniaturki lampy w innych kolorach, podstawowe dane o lampie, takie jak moc, zasilanie i napięcie wyjściowe.


W środku znajduje się oczywiście lampa, zasilacz z kablem, paragon, instrukcja obsługi i karta gwarancyjna. Od razu napiszę, że gwarancja w przypadku tej lampy wynosi 12 miesięcy. Sama lampa w pudełku jest dodatkowo włożona w folię bąbelkową.
Otwieram pudełko i co? Boże! Przecież nie zmieści mi się tu ręka! Oczywiście pisałyście, że lampa jest wyjątkowo małych rozmiarów, ale nie myślałam, że aż takich. Ręka w lampie jak najbardziej się mieści. Może nie cała dłoń, nawet moja malutka, ale 3/4 dłoni owszem, a już na pewno najważniejsza jej część czyli paznokcie.












Ja zamówiłam urządzenie w kolorze białym. Nie mogłam zdecydować się jaki kolor bardziej bym wolała, więc ostatecznie wybrałam klasyczną, na której również nie będzie widoczny pył. Moja lampa posiada też trzy tryby czasowe 10, 30 i 60 sekund, co nie było takie proste do znalezienia, bo większość z tych lamp miało tryby 10, 20, 30 sekund. Na lampie jest również naklejka "36W 12WCCFL+24WLED", którą spokojnie można odkleić i nie zostawia śladów kleju.

Obudowa lampy jest dosyć masywna, a przynajmniej jej górna część, "podstawka" lampy, lustrzana część na której kładziemy dłoń jest z bardzo cienkiego tworzywa, które myślę, że przy mocniejszym ściśnięciu bez problemu się wgniecie, a więc trzeba na nią uważać.












Lampa posiada 12 światełek LED oraz jedną spiralną żarówkę UV. Zasilacz nie jest wykonany z najlepszej jakości plastiku, ale na pewno mamy tutaj odzwierciedlenie co do ceny, więc też nie można wymagać cudów. Z instrukcji obsługi dowiemy się mnóstwo rzeczy, od przygotowania lampy do użycia przez specyfikację lampy, jej obsługę po uwagi i środki ostrożności w czasie jej używania. Karta gwarancyjna przedstawia nam warunki gwarancji oraz zasady reklamacji.


Osobiście jestem bardzo zadowolona z zakupu Lampy DIAMOND. Pozwoli mi to wreszcie zająć się swoimi paznokciami, bez konieczności wcześniejszego umawiania się na wizyty, pamiętania o nich i czasem też dostosowywania się do terminów. Teraz bez problemu będę mogła usiąść wygodnie na kanapie w domu, wyjąć swoje przybory do manicure i zrobić go sobie o każdej porze dnia czy też nocy. Zakup ten na pewno również pozwoli mi na zaoszczędzenie pieniędzy. Rozmiar lampy jest dla mnie jak najbardziej zadowalający, ponieważ często podróżuje, więc będę mogła ją wszędzie ze sobą zabierać w razie potrzeby. Moje pierwsze wrażenie o tej lampie jest pozytywne. Za około tydzień spodziewam się paczki z innymi akcesoriami potrzebnymi do zrobienia paznokci. Oczywiście wszystko Wam pokaże i zrecenzuje, a później przetestuje zarówno lampę jak i akcesoria typu żele, płyny, lakiery.












Serdecznie Was zachęcam do odwiedzania mojego bloga. Jeżeli posiadacie lampę DIAMOND koniecznie dajcie znać jak Wam się jej używa, napiszcie z jakich akcesoriów korzystacie. Czekam na Wasze komentarze! Zachęcam również do obserwowania mojego bloga dzięki czemu zawsze będziecie na bieżąco z wpisami, które dodaje. Zapraszam na moje inne media społecznościowe instagram: den.lille, facebook: Aleksandra Sołtys oraz snapchat: ola_mala. Serdecznie Was pozdrawiam. Buziaki! Do kolejnego wpisu!



2017-09-25

Prawdziwa Rakieta! Bath Bomb by Lush- recenzja

Prawdziwa Rakieta! Bath Bomb by Lush- recenzja
Cześć kochani! Witam Was ponownie na moim blogu. Przychodzę do Was dzisiaj z recenzją Bath Bomb Racket Science! Wreszcie... Wiem, wiem, miałam zrobić to już dwa lub trzy dni temu, zgodnie z tym, co Wam pisałam w poście zaraz po zakupie kuli i bardzo Was przepraszam, że tego nie zrobiłam, ale pojechałam do domu i nie miałam ze sobą laptopa. Szczerze mówiąc czasu też na to nie miałam.. Bo wyobraźcie sobie jak to jest jechać do domu po miesiącu nieobecności i to w dodatku na jeden dzień. Już się usprawiedliwiłam, a więc mogę przejść do recenzji tej jakże cudnej rzeczy jaką jest kula do kąpieli od Lush Fresh Handmade Cosmetics.
  • Kula pachnie przepięknie! Jej zapach jest cytrusowy, bardzo orzeźwiający i wręcz radosny, pobudzający do życia. Co jest bardzo fajne, kula nadaje zapach również wodzie. Nie jest to może zbyt intensywne, nie pachnie Ci później skóra cytrynami, ale jest to bardzo, bardzo delikatny zapach samej wody, który nie "przechodzi" na ciało.
  •  Bardzo długo się rozpuszcza, kolory widać jeden po drugim, jak w tęczy. Efekt jest przepiękny. W czasie rozpuszczania kula zachowuje się jak mydełko. Pocierana w dłoniach delikatnie się pieni, oczywiście barwi skórę i to na całego. Samą wodą nie zmywa się tak od razu po polaniu zabarwionej dłoni, trzeba dłoń "wytrzeć" wodą, ale nie jest to problematyczne, a raczej zabawne, bo wiadomo, że zmyć się musi. 
  • Bath Bomb nie rozpada się. Niektóre kule, kiedy już sie trochę rozpuszczą rozpadają się na kilka drobnych, pojedynczych części. Tutaj, z Racket Science by Lush tego nie ma, co jest jak najbardziej pozytywne. Kula jest w jednym kawałku do ostatniego momentu rozpuszczenia, nawet jeżeli się nią bawisz i dotykasz. 
  • Kolor wody po rozpuszczeniu tego cudeńka jest mega intensywny! Trzy razy bardziej, niż sama kulka przed wrzuceniem do wody. Albo nawet pięć! Woda po rozpuszczeniu mojej kuli była przepiękna, nie chciało się z niej wychodzić. I chyba o to chodzi :) 
  • Nie wiem, czy zauważyliście na poprzednich zdjęciach rakiety do kąpieli, że jest ona brokatowa. Miałam obawy, że brokat zostanie na wannie itd., ale nic bardziej mylnego. Brokat delikatnie mieni się na tafli wody, kiedy się przyjrzysz, ale naprawdę musisz uważnie patrzeć. Po wylaniu wody, nie ma po nim ani śladu zarówno na wannie jak i na ciele. 
  • W czasie kąpieli jak i po niej skóra jest nawilżona. Ja po wyjściu z kąpieli nie używałam już nawet balsamu do ciała. Moja skóra była miękka, delikatna, nawilżona i bardzo przyjemna w dotyku, jak po użyciu oliwki.
Chciałabym, żeby te kule nie były jednorazowe (haha), bo są tak piękne, że najpierw nie mogłam doczekać się, aż znajdę wolny wieczór, żeby się "z nią" wykąpać, a teraz żałuję, że tak szybko się skończyła. W każdym bądź razie trzeba się wybrać po kolejne, albo zamówić. I to koniecznie!

Dajcie koniecznie znać w komentarzach czy testowaliście już kule do kąpieli od Lush lub też inne, a jeśli nie, to która najbardziej Was interesuje!
Zapraszam serdecznie na mojego instagrama, facebooka, snapchat. Zachęcam do obserwowania, komentowania zarówno mojego bloga jak i moich profili w mediach społecznościowych. Pozdrawiam Was serdecznie, do następnego wpisu! :)

Link do poprzedniego wpisu o Bath Bomb by Lush:  http://omdenlille.blogspot.co.uk/2017/09/bath-bomb-rocket-science-by-lush.html
Link do strony internetowej Lush Cosmetics: https://www.lush.com/




P.S. Osobiście jestem troszkę zawiedziona, ponieważ zdjęcia nie oddają kolorów w rzeczywistości..



2017-09-20

Manchaster, czyli papirus, śmierdzące skarpety i mumia

Manchaster, czyli papirus, śmierdzące skarpety i mumia
Witam Was Kochani na moim blogu! Dzisiejszy wpis, jak się domyślacie już po tytule, będzie krótkim wspomnieniem naszego (leciałam z Piotrem) wyjazdu do Manchesteru.

Do Wielkiej Brytanii lecieliśmy w piątek, z lotniska we Wrocławiu. Był to nasz pierwszy lot samolotem. Myślałam, że będzie pięknie, kolorowo i miałam pokochać latanie samolotem, ale tak się niestety nie stało.. Podczas lotu nie czułam się dobrze (pomijając mały strach i myśli, że jak tylko oderwiemy się od ziemi nasz samolot się rozbije ;). Miałam zawroty głowy, nudności, byłam lekko skołowana i czułam nieodpartą potrzebę snu. Zrobiłam więc oczywiście kilka zdjęć, obejrzałam domki z wysokości, chmurki z bliska i w momencie zasnęłam. Miałam nadzieję, że tylko ten pierwszy lot będzie nieprzyjemny, ale wracając już do Polski historia się powtórzyła, jak to często lubi robić. Stwierdzam więc, że latanie nie jest dla wszystkich i ja zaliczam się do mniejszości, która latać nie lubi.


Kiedy już dolecieliśmy przywitała nas moja siostra i szwagier :) Lot jakoś specjalnie nas nie zmęczył, ja poczułam się lepiej, ruszyliśmy na zakupy i do domu. Pierwsze wrażenie w tym mieście? Byłam bardzo zadowolona, ulice wyglądają naprawdę fajnie, kiedy wszystkie domki są na pierwszy rzut oka takie same, jest to nowość dla osób, które nie były jeszcze w Wielkiej Brytanii i dla nas było to jak najbardziej na plus. Ruchu lewostronnego nie ogarnęliśmy na "tip top", ale ważne, że sobie poradziliśmy. Było to mega zabawne, ale w niektórych sytuacjach też niebezpieczne.



W sobotę zabraliśmy się za zwiedzanie. Na początku zobaczyliśmy Chinatown, które nie jest takie duże jakby się mogło wydawać po zdjęciach zamieszczonych w internecie. Najpiękniejsza jest gigantyczna "brama", od której rozpoczyna się Chińska dzielnica. Jest to obiekt przy którym na Chinatown znajduje się najwięcej turytów. Obok jest mostek, przez który idzie się do altanki w stylu chińskim. Szczerze mówiąc nie polecam tego miejsca, jest tam bardzo brudno, nieprzyjemnie pachnie i jest to miejsce często oblegane przez bezdomnych ludzi (nie mówię oczywiście o całym miasteczku tylko o altanach, które mieszczą się na nim). 



 



 Ulice miasta są bardzo zatłoczone, można spotkać ludzi praktycznie każdej narodowości i mówiących w przeróżnych językach świata. Nam osobiście nie podobało się to, że jest tam o wiele bardziej brudno, niż np. w Polsce. Wszędzie na ulicach leżą śmieci wyrzucane przez przechodniów, w autobusach często można znaleźć puszki po napojach pozostawione przez poprzednich podróżników lub porozrzucane gazety. Panuje tam ogólnie lekki chaos, ludzie przechodzą przez ulicę kiedy chcą i gdzie chcą, pomimo tego, że są wyznaczone przejścia dla pieszych z sygnalizacją świetlną. Takie zachowania są tam na porządku dziennym, a co zdumiewające kierowcy jakoś specjalnie nie są tym oburzeni, często nawet zatrzymują się pomimo swojego zielonego światła i przepuszczają przechodniów, którzy przechodzą na świetle czerwonym. Myślę, że w Polsce bardziej przestrzega się przepisów dotyczących poruszania się po mieście, co jest chyba znacznym ułatwieniem dla wszystkich, chociaż na ten temat, w ciągu tych 4 dni, nie wyrobiłam sobie do końca pewnej opinii.

Kolejnym miejscem, które odwiedziliśmy była biblioteka, a konkretnie The John Rylands Library. Było to, jak dla mnie, wyjątkowe miejsce, ze specyficznym zapachem starych książek. Wewnątrz panowała cisza i można było poczuć w tym miejscu wewnętrzny spokój. Za zwiedzanie biblioteki nie płaciliśmy oczywiście nic, każdy może tam wejść, zobaczyć stare księgi i zabytki, jak również przynieść własne książki, laptop i pracować z daleka od miejskiego szumu. W bibliotece widzieliśmy m.in. pierwszą wydrukowaną Biblię, która była jeszcze wtedy obrazkowa, ponieważ ludzie nie umieli czytać. Widzieliśmy fragment papirusu z Egiptu, który pochodził z 7 w.p.n.e., 100-letnie biurko, które zachowało się w praktycznie idealnym stanie oraz pierwsze drukarki, a raczej maszyny do ówczesnego drukowania. Byliśmy pod wrażeniem zbiorów bibliotecznych, dlatego koniecznie musicie odwiedzić to miejsce, jeżeli też będziecie wybierać się do Manchesteru. 



The Rylands Library: http://www.library.manchester.ac.uk/rylands/

Ostatni dzień pobytu poświęciliśmy na zwiedzanie Muzeum Wojennego oraz Muzeum Manchester. Kiedy szliśmy do Imperial War Museum North widzieliśmy również stadion Manchester United. Na stadion nie wchodziliśmy ponieważ, zarówno ja, jak i Piotrek fanami sportu nie jesteśmy, ponadto na stadionie był tego dnia mecz i powoli zaczynały się przygotowania. Byliśmy również na Salford skąd podziwialiśmy MediaCityUK (http://www.mediacityuk.co.uk/). 
Muzeum Wojenne po części można zwiedzić za darmo, płatne są tylko wystawy specjalne- my na nie nie wchodziliśmy. W tym miejscu jest bardzo specyficzny klimat, jak z resztą w każdym miejscu poświęconym wspomnieniom wojennym. Większość eksponatów, typu ubrania, książki, broń.. są zamieszczone w oszklonych gablotkach, przy każdym przedmiocie jest numerek, a z boku lista z opisem danej rzeczy. Są też eksponaty nie umieszczone na półkach m.in. samolot AV-8A Harrier, miny głębinowe, czołg, fragment konstrukcji budynku World Trade Center. W muzeum są też różne zagadki np. puszki, z których po odkryciu wydobywa się zapach, a później zgaduje się co to może być. Jedną z takich zagadek był zapach cuchnących skarpet. Co mają skarpety do Muzeum Wojennego? Jak się dowiedzieliśmy z ciekawostki zamieszczonej nad puszką, żołnierze w czasie wojny nie mieli jak zmienić swoich skarpetek nawet przez 30 dni. Ja osobiście bardzo lubię miejsca związane z wojną, przeszłością, bardzo lubię różne opowieści z dawnych lat. Muzeum podobało mi się pod względem wizualnym, zorganizowania, ale eksponaty nie były jak dla mnie zbyt wiarygodne. Większość ubrań wyglądała na bardzo dobrze zachowane, wręcz bez żadnych skaz, niektóre buty wyglądały jak nowe.. W Polskich obiektach tego typu wygląda to troszkę inaczej. Eksponaty w tym muzeum nie były dla mnie dosyć przekonujące.

  




Na Muzeum Manchester zostało nam niewiele czasu, ponieważ zwiedzaliśmy je w niedzielę, kiedy wszystkie budynki tego typu i sklepy zazwyczaj są tam otwarte do godziny 17:00. Na miejsce dojechaliśmy o 16:30, a więc pozostało nam 30 minut na zwiedzanie. Postanowiliśmy zobaczyć tylko te najciekawsze rzeczy, a więc szkielet Tyranozaura i oczywiście (tytułową u mnie) mumię (!). Szkielet dinozaura był podobno prawdziwy, bardzo dobrze zakonserwowany i wystawiony do Muzeum. Tyranozaur był gigantycznych rozmiarów i naprawdę robił wrażenie. Tyrannosaurus rex żył 65-71 milionów lat temu.
Mumia pochodzi z Egiptu i została przywieziona do muzeum w Manchesterze w 1997 roku. Polecam, jest to naprawdę bardzo ciekawe miejsce! 




Czas spędzony w Manchesterze uważamy za dobrze wykorzystany, była to "chwila" oderwania się od pracy i codziennych czynności. Co prawda żałowaliśmy, że wyjazd trwał tak krótko, ale niestety trzeba było wracać do obowiązków. Tym z Was, którzy wybierają się do Manchesteru w najbliższym czasie lub dopiero taki wyjazd planują serdecznie polecamy miejsca odwiedzone przez nas. My osobiście na pewno tam wrócimy!
Jeżeli macie jakieś pytania dotyczące naszej wycieczki serdecznie zapraszam do ich zadawania w komentarzach lub w mailu. Zapraszam również na moje media społecznościowe: faceebook, instagram i snapchat: ola_mala. Mam nadzieje, że mój wpis Wam się podobał. 
Do następnego posta! ;) 




Copyright © 2016 om den lille , Blogger